Wyjątkowi pacjenci

27/08/2019

Już prawie 40 lat zajmuje się neurochirurgią, a od 21 leczy wyłącznie dzieci. Przyznaje, że postępy w zakresie leczenia chorób mózgu są ogromne, również dzięki rozwojowi sprzętu medycznego. Jednym z najważniejszych jest nóż ultradźwiękowy CUSA do wycinania nowotworów. – To sprzęt absolutnie z najwyższej półki – przyznaje prof. Stanisław Kwiatkowski, kierownik Oddziału Neurochirurgii Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie, i zachęca do udziału w Biegu Charytatywnym Fundacji Tesco, podczas którego będziemy zbierać fundusze na zakup urządzenia CUSA.

Od ilu lat zajmuje się Pan neurologią?
Neurologią, a dokładniej neurochirurgią, zajmuję się od 1982 roku, a dziecięcą od 21 lat. Lubię swoją pracę. Jest to coś, czego nie wykonuje się z konieczności, ale z pasji. Tego, mam nadzieję, jeszcze długo mi nie zabraknie.

Jak ocenia Pan postępy w zakresie leczenia chorób mózgu w ciągu tych lat?
Zmiany są olbrzymie! Przede wszystkim dostęp do sprzętów takich jak nóż ultradźwiękowy, mikroskopy i wszystko, co się z tym wiąże, czyli ułatwiona nawigacja i możliwość precyzyjnego dostępu do operowanego. To też neuromonitoring, który pokazuje nam w czasie operacji, zwłaszcza rdzenia kręgowego, że już nie wolno dalej lekarzom działać, że musimy się zatrzymać, inaczej pewne funkcje będą uszkodzone. Mamy wiele urządzeń i wszystkie na najwyższym poziomie. Musimy też jednak powiedzieć, że te pozytywne zmiany dotyczą całej chirurgii.

A dokładniej?
Ta olbrzymia zmiana na korzyść wiąże się z rozwojem anestezjologii, intensywnej terapii, opieki pooperacyjnej, fizjoterapii, świetnie wykwalifikowanego zespołu pielęgniarskiego. To wszystko jest absolutnie nie do przecenienia. W takich dziedzinach, gdzie spotykamy się z bardzo trudnymi problemami zdrowotnymi dzieci, często zagrożonymi śmiercią czy kalectwem, ogromną pomoc stanowią także psycholodzy – bez nich również nas zespół neurochirurgiczny nie mógłby istnieć. Każda z dziedzin, która się rozwijała, wniosła coś pozytywnego do rokowania i szansy na wyleczenie. Neurochirurgia, ale i w ogóle chirurgia, to przede wszystkim praca zespołowa.

Od zawsze pracował Pan z dziećmi?
Przez kilkanaście lat pracowałem na oddziale dla dorosłych i m.in. tam zajmowałem się też dziećmi. Mój ówczesny mistrz i nauczyciel, docent Głowacki, wyznaczył mnie jako tego, który miał się zajmować przypadkami dziecięcymi. A potem, kiedy ogłoszono możliwość utworzenia samodzielnego oddziału neurochirurgii dziecięcej w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie, zgłosiłem się, i tak już zostało.

Jakimi pacjentami są dzieci?
Bardzo poważnymi, nie da się z nimi żartować. Odczuwają wszystko dokładnie i wiedzą, o czym się mówi, nie ma ukrywania. Trzeba także pamiętać, że pacjent dziecięcy to tak naprawdę dwóch pacjentów – dziecko i rodzic. I właściwie leczy się ich obu, to zupełnie inna dziedzina niż neurochirurgia dorosłych.

Słynie Pan z umiejętności nawiązywania kontaktu z dziećmi, czytania im bajek na oddziale. Czy taka bliższa relacja nie jest później przeszkodą?
Emocjonalny, bliższy kontakt utrudnia leczenie, bo to ogromnie bolesne przywiązać się do dziecka i patrzeć, jak ono odchodzi. Jak ktoś mówi, że się do tego przyzwyczaił, to nie wie, co mówi. Z drugiej strony to wspaniałe, gdy pacjent mnie odwiedza już po operacji, rzuca się na szyję. Związek emocjonalny jest niewątpliwie, również z rodzicami. I tego powodu czasem przechodzę traumę.

W obszarze, w którym Pan działa, każdego dnia trzeba podejmować trudne decyzje, często decydujące o „być czy nie być” pacjenta. Można do tego przywyknąć?
To naturalnie przychodzi z latami doświadczeń, mój wspomniany szef mówił zawsze, że trzeba być odważnym, ale rozważnym. W przypadku neurochirurgii dziecięcej to ma ogromne znaczenie. Trzeba starać się maksymalnie pomóc, ale nie powodować tą chęcią ryzyka kalectwa czy uszkodzenia.

Odział Neurochirurgii Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie jest dobrze wyposażony, jednak sprzęt medyczny, jak każdy inny często eksploatowany, szybko się zużywa. Jakie są na ten moment największe potrzeby oddziału?
Naszą największą potrzebą jest w tej chwili nowy nóż ultradźwiękowy CUSA. Model, jakiego nie ma jeszcze żaden szpital dziecięcy w Polsce! To absolutnie najnowszej generacji odsysacz tkankowy ultradźwiękowy, zminiaturyzowany, mobilny, z osobnymi końcówkami do różnych zabiegów, czy laryngologicznych, czy ogólnej chirurgii, czy neurochirurgii, bardzo precyzyjny, z lekką rączką, co umożliwia nawet kilkugodzinne trzymanie bez najmniejszego drżenia. Nóż CUSA z najwyższej półki to gwarancja pracy na co najmniej 10 lat. Warto sięgać po najlepsze rzeczy!

Ma Pan już doświadczenie w pracy z tym urządzeniem?
Tak, aktualnie w naszym Szpitalu mamy już drugi model. Pierwszy został zakupiony dzięki Rotary Club z Holandii, drugi – którego obecnie używamy – przez Szpital 10 lat temu. Drugi model posiadał różne rodzaje końcówek do operacji ogólnochirurgicznych i neurochirurgicznych. Mówię, posiadał, gdyż końcówka neurochirurgiczna zakończyła żywot, więc w tym tygodniu już dwa razy operowaliśmy przy użyciu tej końcówki ogólnochirurgicznej. Jest to mniej komfortowe, wymaga staranności, a poza tym chodzi o bezpieczeństwo – mózg jest zupełnie innym narządem niż reszta, więc dedykowane końcówki są cieńsze, mają inny sposób pracy.

Dlaczego CUSA jest taka wyjątkowa?
Nóż ultradźwiękowy pozwala na małoinwazyjne usuwanie zmian patologicznych w narządach tkankowych takich jak mózg, wątroba czy trzustka. Dzięki czemu oszczędzamy zdrowe tkanki i naczynia krwionośne otaczające zmianę, która należy wyciąć. Unikamy też powstawania obszarów niedokrwiennych. To ma kolosalne znaczenie dla bezpieczeństwa pacjenta i utrzymania funkcji operowanych narządów. Wczoraj operowałem dziecko przy pomocy noża CUSA, a dzisiaj biega sobie po oddziale, miało badanie kontrolne rezonansu, wkrótce pójdzie do domu.

Ile dzieci rocznie w tej chwili korzysta i będzie mogło korzystać z CUSA?
To jest tak jak z defibrylatorami, najlepiej tak naprawdę, żeby jak najmniej dzieci musiało z tego korzystać. Ale trzeba pamiętać, że guz mózgu, guz ośrodkowego układu nerwowego, to najczęstszy nowotwór wieku dziecięcego. Równo z białaczkami. Guzy lite są najczęstszymi nowotworami, i tych dzieci jest kilkadziesiąt rocznie, a w dodatku są wznowy tych nowotworów, czasem po roku, czasem po 10 latach. Stąd jedno dziecko może być operowane nawet kilkukrotnie. Mniejsze i bardzo trudne zastosowanie tego urządzenia to operowanie rdzenia kręgowego. Tych przypadków w populacji dziecięcej jest akurat mało. Nowotwory ośrodkowego układu nerwowego u dorosłych to jest 2% guzów wszystkich, u dzieci aż 22%. To ogromna różnica. W liczbach bezwzględnych jest oczywiście inaczej, bo populacja dzieci w Polsce to 7 mln, a dorosłych 30 mln. Niemniej jednak te nowotwory u dzieci to ogromny problem.

I niestety na wycięciu nowotworu często ta walka się nie kończy?
Tak, nawet jeśli wygramy bitwę i usuniemy guz, to sama choroba nowotworowa jako złośliwy proces, powoduje, że wojnę przegrywamy. I ciągle niestety jest dużo pacjentów, którym nie możemy pomóc lub możemy pomóc w małym stopniu. To uczy pokory. Pracując już tyle lat, doszedłem do wniosku, że naszą rolą nie jest dzieci wyleczyć, naszą rolą jest im pomóc w przebyciu tego trudnego etapu, jakim jest pobyt w naszym Szpitalu, na oddziale. A wyleczyć – to piękny sukces, nie zawsze się zdarza. Na szczęście w poprawę możliwości leczenia wkraczają w tej chwili nowe terapie. Niektóre guzy dalej są niedostępne dla chirurgów – np. rozlane guzy pnia mózgu, głęboko położone. Tu pomaga genoterapia, indywidualne programy leczenia. Myślę, że niektóre choroby nazywane śmiertelnymi za kilka lat okażą się chorobami przewlekłymi, że będziemy mogli tych chorych leczyć. Stąd te nasze akcje. Bo ich beneficjentami są dzieci, nie lekarze czy Szpital.

I jedną z takich akcji jest Bieg Fundacji Tesco, w czasie którego będziemy zbierać środki na zakup nowoczesnego noża ultradźwiękowego CUSA.
Tak jest! Ekipa naszego Szpitala też będzie na miejscu. Ja też będę, wprawdzie nie biegnąc, ale koordynując naszą drużynę.